Lifestyle, bo to ja

Sardynia w 4 dni, a przygód więcej niż w rok

 

Wybraliśmy się na Sardynię.

Na krótko. Tylko cztery dni. Ale całkowicie wystarczyło, żeby zachwycić się  pięknym  Cagliari i przeżyć kilka przygód. W naszym przypadku nie mogło się bez nich obejść. Ale to może i dobrze, przynajmniej nigdy nie jest nudno.Sardynia w 4 dni a przygod wiecej niz w rok

Już dzień przed wyjazdem wszystko stanęło na głowie, bo mój mąż niespodziewanie potknął się i zahaczył o wystający kamień, albo pień, nie wiem dokładnie co to było  i wyrwał sobie kawał ciała z dużego palca od nogi. Dosłownie. W palcu od spodu widniała piękna dziura, a z rany jak ze szklanki spływała krew i malowniczo barwiła trawnik, a w miarę przesuwania się męża do domu, podłogę.

Kiedy to zobaczyłam, uszło ze mnie wszystkie powietrze. Noż cholera, nie jedziemy – pomyślałam. Zamiast tego trzeba nam się zbierać i zarezerwować sobie miłe godziny oczekiwania w przytulnej izbie przyjęć pobliskiego szpitala. Na pewno w towarzystwie pijaków z porozbijanymi głowami. i wyziewami godnymi smoka wawelskiego.

Sardynio,  adieu  ? ! …

Na szczęście dla nas, poszłam po rozum do głowy i zamiast do szpitala, wyszłam do ogrodu i nazbierałam liści babki zwyczajnej. Obłożyłam nimi ranę mężowego palucha, owinęłam bandażem i poszłam spać w poczuciu absolutnej beznadziei. Byłam pewna, że na nic okłady, na nic bandaże i tak nici z podróży.

Z obrazem pod powiekami kieliszka purpurowego wina Cannonau i mnie siedzącej w przytulnej pizzerii na Via Roma, zasnęłam. Śniły mi się potwory bez palców , z wielkimi płetwami, wynurzające się z morza i próbujące mnie wciągnąć w głębinę, machając liśćmi babki zwyczajnej.Sardynia w 4 dni a przygod wiecej niz w rok

 to nie była dobra noc.

Pomijając koszmary, które mnie męczyły we śnie, co chwila budziłam się i wsłuchiwałam  w oddech męża, wyobrażając sobie pełzające w kierunku jego serca zapalenie. Zapalenie miało twarz pilota z samolotu , który nie chciał nas wpuścić na pokład.

Z  chorymi paluchami nie wpuszczamy – powtarzał i zasłaniał sobą wejście.

A może mi się to wszystko śniło, sama nie wiem.

Jakież  było moje zdziwienie, kiedy z samego rana, po odwinięciu opatrunku, okazało się, że rana co prawda jeszcze jest, ale bardzo ładnie zasklepiona, nie ma śladu krwi i męża nic ( no prawie nic) nie boli.

Od tego dnia jestem najgorętszą fanką babki i jej czarodziejskich możliwości.

O tym, że tego samego wieczoru przed wyjazdem oparzyłam się, kiedy w pośpiechu wyjmowałam z piekarnika czekoladowe ciasteczka owsiane i pół godziny skakałam po domu z bólu, nie ma co nawet wspominać. Ot, zwykła kolej rzeczy u mnie. Od zawsze twierdzę, że zginę w wypadku. Poważnie. No, ale tym razem po prostu łakomstwo zostało ukarane.

Pojechaliśmy. Udało się .

Moj mąż powinien założyć sandały, żeby chory, owinięty babką paluch miał dużo miejsca, ale nic z tego. 10 maja, temperatura 10 stopni.

Z naszego końca świata to rzeczywiście była podróż niczym na Marsa.

Bo najpierw musieliśmy pojechać do pobliskiego miasteczka i tam znaleźć miejsce, gdzie moglibyśmy zaparkować nasze auto. Wracaliśmy w niedzielę w nocy, a o tej porze nie kursuje żaden autobus.

Więc najpierw długie szukanie , a wierzcie mi, miasteczko zapchane jest do ostatniej dziury. Jeśli już jakiś parking jest, to na noc zamykany. W końcu, o dzięki Ci Boże, udało nam się i udaliśmy sie na przystanek. Stamtąd mieliśmy wyruszyć do Krakowa na lotnisko.

Super.

Stoimy.

Czekamy.

Autobus miał przyjechać o 12.15.

Mija 12.20, i nic. 12.30 i nic.

Zimno.

Trzęsę się w cienkiej kurteczce. Mój mąż dzielnie przestępuje z nogi na nogę, aby nie urazić, co prawda podleczonego babką, ale wciąż chorego palucha.

Po trzydziestu minutach spóźnienia  dzwonię do przewoźnika.

Przykro nam bardzo – słyszę z drugiej strony miły kobiecy głos. Co z tego, że jesteś taka miła, myślę, co mi po tym, kiedy jeszcze trochę i możemy nie zdążyć na samolot. Pani dalej – proszę się uzbroic w cierpliwość, autobus stanął na środku drogi i trzeba było odholować.

Jak to, tak sobie po prostu stanął ? – pytam z niedowierzaniem. Przecież był chyba u przeglądu ?

Był, ale wie pani, złośliwość rzeczy martwych…  Jeszcze raz usłyszałam, że muszę  się uzbroić i tyle. W cierpliwość rzecz jasna. Zauważyliście swoją drogą, że zawsze trzeba się uzbrajać w cierpliwość? Nie w radość, nie w smutek, nie w gniew, ale właśnie w cierpliwość.

Czekamy.

Nogi nam wrastają w zimny trotuar, wizja ciepłego sardyńskiego powietrza i słońca, SŁOŃCA ! SŁOŃCA ! SŁOŃCA ! oddala się coraz bardziej.

Nagle zatrzymuje się  mały busik, mercedes i wysiada z niego młody człowiek, który wiedziony instynktem ? intuicją ?… kieruje się prosto w naszą stronę.

Okazało się ni mniej ni więcej, że to był nasz przewoźnik, hura !

Zgrabnie załadował  bagaże do auta i ruszyliśmy.  Po drodze zdążył nas ze sto razy przeprosić, więc zły humor mojego męża roztopił się w temperaturze 50 stopni Celsiusza. Tak gorące były te przeprosiny.

Sardynio !  Przybywamy, cieszysz się ?
Bo my bardzo !

Dalsza podróż minęła o dziwo bez przeszkód, pomijając taki drobiazg jak przesiadka w Krośnie do innego, właściwego już busa, który czekał na nas.sardynia w 4 dni a przygod wiecej niz w rok

Cztery !!!! godziny z Krosna do Krakowa przeleciały szybciej niż myślałam, ale to chyba tylko dlatego,że po prostu cieszyłam się z ciepła panującego w busie. Co prawda po drodze kilka razy uroniłam łzę za moimi pieskami siedzącymi w psim hotelu i bezradnie czekającymi na  swoja panią, ale poza tym bajka.

KIedy wylądowaliśmy w Cagliari, było już po północy.

Hura! 22 stopnie ! Ciepło, ciepło, ciepło!

Po długiej zimie, zimie wiosną i braku słońca, powietrze owiało nas jak balsam. Przebierać się, szybko ! Kurtka, bye, bye ! Zakładam krótkie spodenki w toalecie na lotnisku i wsiadamy do taksówki.

Super !!!!

Jedziemy chyba setką z przemiłym, przystojnym  Sardyńczykiem.

Po kilku minutach zatrzymujemy się przed naszym apartamentem na Via San Giovanni. Czeka na nas właścicielka i po długich wyjaśnieniach jak otwierać, jak zamykać, spisywaniu paszportów, daje do ręki klucze i znika.

Sardynio, witaj, wreszcie jesteśmy !

Mieszkamy w pięknej historycznej dzielnicy Villa Nova , która jest  wymarzonym miejscem dla kogoś, kto kocha wszystko muśnięte tchnieniem historii. Via San Giovanni czyli ulica świętego Jana, jest stara, (początki zabudowy datowane są na rok 1415 ) wąska i cudownie malownicza. Małe kamieniczki stojące po obu stronach, a każda inna. Z małymi balkonikami na piętrze, przed drzwiami obowiązkowe donice z kwiatami, nad głowami zwisające pranie.Sardynia w 4 dni a przygod wiecej niz w rok

Mieszkańcy ruszający wczesnym rankem spod domów do pracy na swoich skuterach, przytulne pizzerie i małe sklepiki.

Możesz zajrzeć do pracowni i zobaczyć jak odnawia się stare meble, możesz pogłaskać kota siedzącego  w oknie i posłuchać piosenek śpiewanych przez dzieci w przedszkolu. Jest ciepło, 28 stopni, więc drzwi są otwarte.

Naprzeciwko naszej kamieniczki stoi mały kościółek pod wezwaniem świętego Cesello. Swoją drogą, wie ktoś jak to się tłumaczy ? I czy to w ogóle możliwe?

Zbudowany w roku 1702,  na miejscu kaźni rzymskiego żołnierza Lussorio, który przeszedł na wiarę chrześcijańską i za odmowę jej odrzucenia został zamęczony wraz z dwójką swoich dzieci , Camerino i Cesello.

Każdego dnia, wczesnym rankiem,  na dzwonnicy kościółka siada wielki biały ptak i wydaje odgłosy, jakich nigdy nie słyszałam. Podobno mewa śródziemnomorska. Naprawdę, może umarłego w grobu wygnać. Kiedy usłyszałam pierwszy raz, sądziłam, że jakiś wariat urządza sobie dziwne śpiewy na przez siebie skonstruowanym instrumencie z piekła rodem.sardynia w 4 dni a przygod wiecej niż w rok

Człowiek podobno przyzwyczaja sie do wszystkiego, więc i ja przestałam zwracać uwagę na dziwnego gościa.

W Cagliari czuje się jeszcze Europę, jaką znamy. Kościoły sa otwarte i do tego wcale nie puste, jak na przykład w Niemczech. Do tego, o dziwo, można w nich spotkać modlących się  ludzi i to nie stare babcie, według tego co się nam próbuje wmówić, ale młodych ludzi. Po prostu wchodzą, wyciągają różańce i się modlą. Nie ukrywam, że czułam się w tej atmosferze dobrze.

Nasza dzielnica jest bardziej wyciszona, nie to co Via Roma, nadmorski bulwar, gdzie ledwo można się przecisnąć. Wszędzie tam mnóstwo tzw. uchodźców, którzy nie dają spokojnie przejść. Albo żebrają albo wciskają podróbki torebek Vuittona, wysięgniki do sellfie, okulary i kapelusze słoneczne.

Sardyńczycy są bardzo mili i serdeczni, no i gadatliwi jak to Włosi. Bardzo chętnie udzielają nam informacji, czasami idą z nami kawałek i pokazują dokładnie w którym kierunku mamy się udać.

Dlatego W Cagliari nie można zabłądzić, nawet jeśli bardzo byście chcieli.

Mojego niemiecko – francuskiego męża najbardziej dziwił sposób poruszania się samochodami  Sardyńczyków po wąskich uliczkach historycznych dzielnic. A to, jak parkowali, wywoływało  w nim za każdym razem okrzyk zdumienia. No coż, po prostu południowcy z fantazją, zręczni i zwinni, bez niemieckiego ordnungu.

Sardynia bez minestrone

To było dziwne. W żadnej, naprawdę żadnej restauracji, pizzerii, dosłownie nigdzie nie udało  nam się zjeść zupy minestrone. Mi nie zależało, ale mojemu mężowi tak. Doczekał się dopiero w Polsce. Po prostu ugotowałam sama. Prawdziwą zupę minestrone według przepisu rodziny stulatków z sardyńskiej prowincji.

Trzeciego dnia pobytu na Sardynii, chcieliśmy pojechać na plażę.

Wiadomo, po okrutnej, ciągnącej się przez długie miesiące zimie, niczego tak bardzo nie pragnęliśmy jak słońca i wyłożenia się plackiem na ciepłym piasku.

Niestety los miał wobec nas inne zamiary i zafundował nam kolejną przygodę.

Już zamknęliśmy drzwi od naszego mieszkanka, kiedy okazało się, że klucz nie przekręca się w ani w lewo, ani w prawo. Utknął sobie i tkwił w tych cholernych drzwiach jak kołek. Próbowałam  ja, próbował mój  mąż. Nic.

Zadzwoniliśmy do drzwi właścicieli mieszkania, które znajdowało się obok naszego.

Wyszła mloda dziewczyna. Zaskoczona próbowała przekręcić klucz. Nic z tego. Nie dziwię się, w końcu nie miała innych palców niż my. Zadzwoniła po siostrę. Przyjechała ta sama młoda osoba, która przywitała nas po przyjeździe.

Sytuacja powtórzyła się.

Skonsternowani i coraz bardziej spoceni, staliśmy w ciasnym korytarzyku na piętrze i wpatrywaliśmy się w zaczarowany zamek.

Na ratunek została wezwana ciotka. Energiczna Włoszka przyjechala uzbrojona w olej do opornych i piszczących zamków. Psikała, wciskała tubkę i nic.

Plaża i słońce oddalały się wielkimi krokami. Było nam coraz bardziej nieswojo. W końcu zaproszono nas do mieszkania właścicieli i tam czekaliśmy na wujka. Wujek miał ostatecznie rozwiązać sprawę krnąbrnego klucza.

Powoli historia zaczęła mi przypominać wiersz Tuwima ” Rzepka”. Jeszcze trochę i wszyscy zaczęlibyśmy ciągnąć ten przeklęty klucz.

„Ciągnął i ciągnął , wyciągnąć nie może.”  Pamiętacie ?

Wujek przyjechał, zadowolony jakby  nic się nie stało, z drabiną. Tylko z ulicy można było dostać się do naszego mieszkanka. Całe szczęście, że znajdowało się na pierwszym piętrze, Zresztą wszystkie domy na Via San Giovanni są jednopiętrowe.

Wydawałoby się, że sprawa wreszcie posunie się do przodu, a jednak nie.

W poczuciu odpowiedzialności za powierzone nam lokum, wychodząc, nie tylko dokładnie zamknęliśmy drzwi balkonowe, ale i spuściliśmy żaluzje, zamknęliśmy okiennice i dodatkowo zasunęliśmy na drzwiach łańcuch.

O Boże …

Włoszki, jedna siostra, druga i ciotka też, były bardzo miłe, ale z pewnością miały serdecznie dość gości, którzy dostarczyli im niecodziennej rozrywki.

Druga sprawa, że absolutnie nie mieliśmy sobie nic do zarzucenia. Proces zamykania drzwi , zarówno tych od naszego mieszkania jak i na dole był tak bardzo skomplikowany, że wydaje mi się, iż nie byliśmy pierwszymi , którzy mieli problemy. Na przykład drzwi zewnętrzne otwierały się po przekręceniu klucza w prawo ! A żeby wyjść z domu, trzeba było w drzwiach mieszkania nacisnąć dwa razy specjalny guzik. Dopiero wtedy otwierały się drzwi na ulicę. Te  zresztą też wyposażone były w niesamowite zatrzaski, które trzeba było wciskać , żeby drzwi zamknąć za sobą.

Każdorazowe wyjście i wejście wiązało się ze stresem i dziesiątki razy sprawdzaniem czy wszystko zrobiliśmy dobrze.

I chyba właściciele mieszkania zdawali sobie z tego sprawę, bo solennie i długo nas przepraszali za kłopot.

Koniec końców późno, bo późno, ale pojechaliśmy na plażę, a kiedy wróciliśmy mogliśmy wreszcie wejść do mieszkania. Nie wiem co wymyslił wujek, ale jedna z sióstr powiedziała, że zepsuta była blokada w drzwiach.

Balkon musiał, tymczasowo przynajmniej obejść się bez łańcucha, bo wujek, aby dostać się do mieszkania, musiał go przepiłować.

Nasze szczęście na plaży było niepełne, bo chociaż woda nadawała się do kąpieli, nie była ciepła, ale też i nie zimna, ale pływały w niej jakieś czarne farfocle, które leżały potem pokotem na piasku. Weszłam więc tylko po kolana, na więcej nie miałam ochoty. A i to wystarczyło, abym  oblepiły mnie  czarne rośliny?, Glony ? Nie wiem. Może po prostu mieliśmy pecha?

Nic to, nie szkodzi. Słońce wynagrodziło nam wszystko. Grzało cudownie i rozkosznie było wyciągnąć się na leżaku. O dziwo, można było go wziąć bez płacenia jakiejkolwiek kaucji ! Co prawda, co chwila mój spokój zakłócali wspaniali goście zaproszeni do Europy przez panią Merkel, proponując kupno jakichś dziwnych koralików, chust za 10 euro ( ha, ha,moje z lumpeksu w Sanoku są 1000 x piekniejsze, a kosztowały tylko 3 złote ) ale mniejsza o to. Słońce i szum morza wynagrodziły mi wszystko.

Nawiasem mowiąc z tym ludźmi od chust jechaliśmy autobusem na plażę. Ze wzrokiem utkwionym za oknem, słuchawkami w uszach i drogim smartfonem w ręku, nie ustąpili miejsca ani kobiecie z małym dzieckiem, ani starszej pani.

O tempora, o mores….

Po powrocie na Via San Giovanni otworzyliśmy butelkę wspaniałego, podobno najstarszego na świecie,  sardyńskiego wina „Cannonau”. Przysmak mieszkańców błękitnej strefy na Sardynii, czyli ludzi żyjących najdłużej i najzdrowiej.

Cannonau jest bardzo, bardzo ciemnoczewone, zawiera niesamowitą ilość antyoksydantów i ma wyborny smak  czarnej porzeczki.  Jeśli będziecie na Sardynii, koniecznie spróbujcie.

Następnego ranka

ostatni raz obudził nas wielki biały ptak, ostatni raz zjadłam melona pachnącego słoncem i

Żegnaj Sardynio! Miło było cię widzieć i miło byłoby zobaczyć cię jeszcze raz !

Ps : nie wiem czy do sardyńskich przygód mogę wliczyć rozjechanie wypielęgnowanego trawnika przy hotelu dla psów, kiedy  odbieraliśmy je po przylocie do Polski? Może gdyby mój mąż był Włochem, dałby radę…  Było naprawdę mało miejsca na mikroskopijnym parkingu….

Pozdrawiam – Agnieszka

 

Myślę, że zainteresuje Cię też to :

http://greenelka.com/kiedy-zapominasz-w-sobie-dziecko-czyli-alicja-przed-lustrem/

 

 

 

 

 

 

 

B

2 thoughts on “Sardynia w 4 dni, a przygód więcej niż w rok

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *