Lifestyle, bo to ja

Pies, kot, mysz i pralka czyli jak pech to pech

Pies, kot, mysz i pralka, czyli jak pech to pech

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Moje jednak preferują spacery w trójkę, a nawet w czwórkę.W ostatnim czasie jakby wszystkie się wściekły i maszerują już grupowo.

Pies

Najpierw zachorowała Lili.

Lili to nasza najstarsza suczka. Jest słodka i kochana, ma tylko jedną wadę.

Nie cierpi wychodzić z domu.

Tak było od zawsze, to znaczy od kiedy przyszła do nas, uratowana od niechybnej śmierci w Hiszpanii. Nie wiem co jest przyczyną jej dziwnego zachowania, ale podejrzewam, że musiała przeżyć coś tak potwornego, iż na zawsze w jej łebku zakodował się komunikat : na dworze czai się niebezpieczeństwo i na wszelki wypadek lepiej zostać w domu.

pies, kot, mysz i pralka

Najchętniej więc leżałaby pod piecem i wygrzewała swój tłuszczyk, który z latami coraz bardziej  odkładał się na jej ciałku.

Stosowałam różne sztuczki, żeby przemóc jej niechęć do świeżego powietrza, ale cała moja praca zdała się na nic. Henia opowiada o tym w mojej książce , a ja tylko dodam, że ostatnim akordem w zachęcaniu Lili do wystawiania nosa za drzwi było przyprowadzenie drugiego psa, nie, stop, suczki.

Całe życie miałam psy, więc od pewnego czasu w naszym domu królują suczki. Jako koleżanka i towarzyszka przyszłych spacerów upartej Lili, wskoczyła na nasz pokład Sally, przemiła i równie kochana.

pies, kot, myszka i pralka

Niestety problem się w żadnym razie nie rozwiązał, Lili nadal nie wychodziła z domu, tylko na siusiu, a ja rozkoszowałam się długimi wycieczkami w towarzystwie Sally.

No dobra, ale nie o tym chciałam. Lili zestarzała się, na pokład greenelkowy wskoczyły kolejne psy, w tym gwiazda i moja ulubienica, brzydka i najmądrzejsza Henia z zadartym nosem, czyli córka Sally.

pies, kot, mysz i pralka

Lili zaczęła chorować.

Trafiło na problemy skórne. Właściwie wciąż pojawiało się coś nowego.

Okazało się, że skóra, to pięta achillesowa tej kochanej psinki. Swędzenie, drapanie się i wygryzanie sierści, aż do pojawienia się krwawiących ran, powoli stały się codziennością. Przez pewien czas, kiedy dostawała leki, był spokój, aż do kolejnego nawrotu.

W ostatniej osłonie  nasz kochany weterynarz powiedział, że stara suczka ma problem w łebku. czyli coś sobie ubzdurała i wydaje jej się, że musi się samokaleczać.

No więc znowu leki i ten śmieszny plastikowy kołnierz, żeby rana na grzbiecie nie powiększała się.

Mysz

Mysz właściwie jest głównym aktorem ostatnich dni i tygodni, bo przewija się niezależnie od wszystkich innych postaci i wydarzeń.

A zaczęło się od tego, że jak co roku przyszedł kominiarz i przeczyścił kominy i piece.

pies, kot, mysz i pralka

Wszystko się udało, ale…  Zawsze jest jakieś ALE. No więc kominiarz oprócz tego, że wykonał swoją pracę, zostawił w czasie czyszczenia otwarte drzwi do piwnicy i zaprosił w ten sposób wszystkie myszy z ogrodu, do nas w gościnę.

Mieszkamy pod lasem i myszy co roku próbują znaleźć u nas schronienie w zimie.

Nie ma  w tym nic dziwnego.

Ale do tej pory mieszkały sobie, jedna albo dwie myszki w drewutni i wiosną wynosiły się na łąkę. O ile  rzecz jasna, nie padły ofiarą naszych kotów.

pies, kot, mysz i pralka

Jednak tym razem stało się inaczej .

Tym razem myszki postanowiły zwiedzić naszą kuchnię i łazienkę.

Trudno nam było zlokalizować kręte drogi małych gości, ale w ciągu dwóch tygodni zalepiliśmy specjalną pianką całą masę dziurek w podłodze pod zlewem, za lodówką, dziurek, które powstały przy remoncie i towarzyszyły rozlicznym rurom, którymi płynie woda.

Syzyfowa praca.

Za każdym razem, kiedy wydawało się, że to już koniec, że tym razem mamy wreszcie spokój, zza szafy wysuwały się sprytne małe pyszczki i śmigały w drugi koniec pomieszczenia.

No tak, ale przecież mamy koty i to w liczbie kilku.

Koty????!!!

Jeden jest klaustrofobem.

Kiedy go wpuściliśmy do łazienki, zaparł się wszystkimi łapami i przeraźliwie piszczał w prawdziwym ataku paniki. Myszy owszem łowi, ale na wolnym powietrzu.

Drugi rozejrzał się z nikłym zainteresowaniem po łazience, po czym z zadowoleniem legł na czerwonej poduszce, która zdobi krzesło przed kabiną prysznicową.

Pozostałe koty nie poświęciły naszemu zmartwieniu ani jednej sekundy.

Temat był dla nich wybitnie nudny.

pies, kot, mysz i pralka

Bo  faktycznie,  po co się wysilać w te nieprzyjazne dla kota listopadowe dni? Toż to zgroza byłaby całkowita ! O wiele lepiej smacznie spać w ciepełku i marzyć o wiośnie i słoneczku miło grzejącym w grzbiet, kiedy leży się na trawie w ogrodzie.

Tylko dwa samce,  Malutki i Jimmy postanowiły nam pomóc i złapały kilka myszy, nieostrożnie śmigających lotem błyskawicy po kuchni.

W międzyczasie zastawialiśmy żywołapki, bo jako że zwierzętolubni z nas ludzie, nie chcieliśmy gnieść kręgosłupów i łamać karków myszkom w paskudnych pułapkach konwencjonalnych.

Ale zarówno pani jak i pan mysz sprytnie przejrzeli nasze intencje i z zadowoleniem wyciągali ser z pułapki, po czym znikali na przykład pod pralką.

Stan na dzisiaj: jedna/ jeden mysz w łazience, schowany sprytnie pod kabiną prysznicową.

Wystarczyła maleńka szczelina, aby się tam wśliznąć i nie wychodzić. Przynajmniej w naszej i kotów obecności.

W planach zakup nowej żywołapki , której nie przejrzał pan mysz/pani mysz.

Kot

Nasza druga w starszeństwie kotka, gruba (kiedyś ) Toffi, dokładnie w tym samym czasie, w którym zawitały do nas myszy, a Lili zaczęła ponownie wygryzać sobie sierść, postanowiła nas nieodwołalnie opuścić. To znaczy, nie sądzę, że zrobiła to dobrowolnie.

Serce Toffi było obarczone wadą od urodzenia i teraz najwyraźniej nadszedł czas pożegnania.

No cóż. Każdy, kto miał, albo ma w domu przyjaciela na czterech łapach albo skrzydlatego, wie, co znaczy pożegnanie.

Toffi cierpiąca na niewydolność serca, z trudem walcząca o każdy oddech była kupką nieszczęścia, któremu trzeba było pozwolić odejść.

Naturalnie nasz absolutnie wspaniały weterynarz próbował ją ratować i uczynił wiele, bardzo wiele, żeby jej pomóc. Długi czas się to udawało, wyciągał ją z niejednej opresji, a ostatnie dni Toffi spędziła pod jego czujnym okiem w klinice.

Ostatecznie w środę, 8 listopada Toffi odeszła przez tęczowy most. Była z nami 14 lat.

Bojler elektryczny

Kiedy pochowaliśmy naszą kotkę, weszłam do domu i zauważyłam, że spod drzwi w łazience wylewa się woda.

Nie jestem w stanie opisać swoich uczuć.

Okazało się, że rzeczywiście nieszczęścia lubią się nawzajem.

Zapewne  dlatego nasz elektryczny bojler postanowił dołożyć swoje trzy grosze do naszych problemów i po prostu przepalił się, a oprócz tego z niewiadomych powodów, chyba  z żalu nad nami zaczął płakać rzewnymi łzami i zalał nam całą podłogę w łazience.

W jednej sekundzie zostaliśmy pozbawieni ciepłej wody.

Pan Stasiu, który troszczył się o nasz remont od strony elektrycznej, przyszedł na drugi dzień i po krótkiej inspekcji powiedział , że przepaliła się grzałka w bojlerze.

pies, kot, mysz i pralka

Następnym krokiem była wyprawa do pobliskiego miasteczka i zakup tejże grzałki, co nie było proste, bo mieszkamy na prowincji i wybór był niewielki.

Jednak mieliśmy szczęście i jeszcze tego samego dnia wieczorem, pan Stasiu zajechał pod nasz domek swoim wysłużonym białym mercedesem i zainstalował nam tę przebrzydłą grzałkę w bojlerze.

Niestety w czasie tego całego zamieszania znikły gdzieś śrubki i nijak nie można było dokręcić pokrywy bojlera . Jest to oczywiście ze wszech miar niebezpieczne, bo jeśli do środka wejdzie pan/pani mysz, to … nawet nie chcę myśleć, Boże mój.

Zakleiliśmy taśmą i na razie czekamy na pana Stasia, który przyjdzie we wtorek z nowymi  śrubkami.

Piec w piwnicy

Oczywiście, że nasz pech nie mógł się na tym zakończyć.

Co by tu jeszcze dołożyć, myślał los i wymyślił.

W piwnicy stoi olbrzymi piec na ekogroszek, którym opalamy cały dom. Piec bardzo wygodny, bo z podajnikiem, więc nie ma potrzeby latać z wywieszonym językiem co kilka godzin do piwnicy, żeby dokładać węgla.

Zimno zadomowiło się u nas na dobre i powoli trzeba by zacząć myśleć o włączeniu kaloryferów.

A za kaloryfery odpowiedzialny jest tenże właśnie piec w piwnicy, apetycznie i obrazowo nazwany przez mojego męża Bullrich, jako że u nas piece  mają imiona.

Z kolei za Bullricha odpowiedzialna jestem ja. Ja go rozpalam i wprawiam w ruch. Ja sprawdzam czy pracuje jak należy, czy ma prawidłowe ustawienia i czego mu brakuje.

Mamy co prawda piece kaflowe, ale palimy w nich w okresie przejściowym. Jeden z nich, o wdzięcznym imieniu Lili opala cudownie cały dom, ale nie sięga swoją mocą łazienki i sypialni.

pies, kot, mysz i pralka

Zatem nadeszła pora na Bullricha.

Zeszłam do kotłowni, zaopatrzona w zapałki i  podpałkę i pełna nadziei, że nasz pech się zakończył, włączyłam piec.

Dobra. Załaduj podajnik węglem. Nie musiałam, bo był pełen jeszcze z zeszłego sezonu.

Bang! Nie rusza się ślimak.

Nie taki z liścia, ale taki wielki z żelaza, który powinien, do diabła się kręcić, żeby ekogroszek wlazł na palenisko. A tu nic. Ślimak stoi w miejscu i silnik cichutko buczy, bo co z tego, kiedy mówi ślimakowi „podawaj” kiedy on nie może. Nie może, bo się… zastał. Nasza to wina poniekąd, bo po sezonie trzeba nam było Bullricha od czasu do czasu wprawić w ruch, żeby sobie popracował.

Teraz ślimak stanął i mowy nie było, żeby dobrowolnie ruszył z miejsca.

Więc stanęłam na stołku i najpierw wybrałam z podajnika sto kilo węgla.

Ze złości  nawet nie powiedziałam mężowi co robię, zatem kiedy zaniepokojony moją przedłużającą się nieobecnością wszedł do kotłowni i zobaczył mnie z umorusaną na czarno twarzą, zamienił się w słup soli.

Wyjmowanie węgla z podajnika potraktowałam  jako trening z obciążeniem.

Ale kiedy węgla już nie było, sytuacja nie zmieniła się ani na jotę. Ślimak zamienił się w słup soli razem z mężem, a zimno zbliżało się podstępnym krokiem i zjadliwie podpełzało pod nasze drzwi.

pies, kot, mysz i pralka

Stan na dzisiaj.

We wtorek przychodzi pan Stasiu i będziemy rozkręcać przebrzydłego ślimaka.

Kochany Boże, myślę. Pomóż nam uruchomić Bullricha, bo inaczej będziemy musieli hartować się jak morsy w Bałtyku. Noce tu w górach są już bardzo zimne…

Pralka

Dla porządku na sam koniec dodam jeszcze taki drobiazg.

To ta tytułowa pralka. Przestała odwirowywać wodę. Na razie myślę, że to sito się  zapchało. Wersja optymistyczna. Na wszelki wypadek sprawdzimy jutro. Bo we wtorek przychodzi pan Staszek…

Jezu, cały dzień będziemy naprawiać !

Morał może być tylko jeden

Co cię nie zabije, to cię wzmocni

PS: Stan na dzisiaj. pan Staszek wszystko naprawił, więc w domu jest ciepło, tylko Lili jest nadal chora i Toffi śpi snem wiecznym pod świerkiem.

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam tutaj

http://greenelka.com/niemiecki-maz-kawalek-francuza-polsce/

 

49 thoughts on “Pies, kot, mysz i pralka czyli jak pech to pech

  1. No niestety – chyba wszędzie tak jest . Jak się zaczyna coś psuć to leci lawinowo. Nie mamy piwnicy – za to myszy włażą do domu – i co ? Koty podpisały z nimi pakt o nieagresji

      1. Zazwyczaj któryś z kotów złamie umowę i zamęczy myszora. Ostatnio myszka przyjęła niezłą taktykę: wbiła się w kąt mojej sypialnie i nie ruszała się. Kot bezpardonowo spał na łóżku – myszka obok . Była tak przerażona że dała się wynieść z domu

        1. Niesamowite. Wyobrażam sobie tę scenę:) jakbym widziałam moje koty.U nas myszka jak pisałam,siedzi pod kabiną prysznicową. Nie mam pojęcia jak ją stamtąd wyciągnąć, chyba po prostu musimy kupić nową żywołapkę.
          Pozdrowionka:)

  2. Bardzo współczuję odejścia koteczki, wiem jak to bardzo boli 🙁 Przynajmniej już nie cierpi choć Wam jest smutno. Jak się wali, to się wali. U mnie też powoli wszystko padło. Nie mam odkurzacza, mieszkanie błaga o dokończenie remontu, 3 lata temu zginął zięć i nie ma kto go skończyć, a ja nie mam pracy, zdrowia i tak jedno drugie napędza. Moja Gryzelda też jest bardzo strachliwa, najdalej wychodzi na klatkę schodową, ale jak tylko usłyszy człowieka to biegiem gna do domu. Myszki przezimują i na wiosnę pewnie uciekną w pole, widocznie dobrze się u Was czują ;)) Trzymam kciuki, żeby wszystko jak najszybciej wróciło do normy. Uściski dla Ciebie i wszystkich zwierzaków 🙂

  3. Myszowi daj na Imię Boja 😀 Będzie dużo sympatyczniej 😀

    Po Miśce płaczę do dzisiaj więc wiem jak boli odejście ukochanego zwierzaka. Na szczęście reszta stada zdrowa i rozrabia więc chociaż tyle dobrego. Co do serii nieszczęść mechanicznych… skąd ja to znam 😀

    Pozdrawiamy z Futrzatym i resztą bandy!

  4. :)))) O myszkach historię już znasz – witam w klubie. W ubiegłym roku mieliśmy ten sam zestaw. Bojler w łazience i piec C.O. w piwnicy. Bojler w łazience najnormalniej rozciekł się ze starości i to niedługo po tym jak Jotka z mężem u nas mieszkali – podczas gdy my regenerowaliśmy się w sanatorium. Asia wtedy stwierdziła, dobrze że poczekał, bo zawał murowany 😉 Dom to dom i zawsze jest coś do… zepsucia. Pozdrawiam Agnieszko

  5. Co do faktu, że Lili nie lubi wychodzić na dwór… Ja mam to samo z moją staruszką – suszką Punią… tyle, że u niej można zaobserwować wyraźną niechęć do wody… To, że boi się kąpieli czy wszelkich miejsc, gdzie jest woda – to zrozumiałe… Ona jednak boi się nawet, gdy ktoś idzie ze szklaneczką wody… Oczywiście ucieka przed podlewaniem kwiatów na ogrodzie… Też mamy z nią przeboje…
    Mamy ją od szczeniaka i od zawsze tak się zachowywała…
    A co do ogrzewania wody czy domu – nie znam się na tym zbytnio…
    Pozdrawiam poniedziałkowo! 🙂

  6. Ciekawe. Jeżeli tak jest od szczeniaka, to nie wiadomo dlaczego tak się dzieje, co było przyczyną. . Ale w sumie to wszystko jedno. Jakakolwiek byłaby przyczyna i tak nie można nic zmienić.
    Pozdrowionka ciepłe na poniedziałek:)
    Osobne dla Puni:)

  7. Nieszczęścia lubią stadny żywot … jak coś się zaczyna walić to zaraz mamy efekt domina … Pocieszającym jest , że wszystko kiedyś mija . A więc i Twoje kłopoty też 🙂 Czego życzę z całego serca .
    Ogromnie mi przykro z powodu odejścia Twojej kici . Takie pożegnania są bardzo smutne.

    Co do inwazji gryzoni … mnie akurat nie dziwi , że się bezkarnie panoszą a reszta towarzystwa wcale nie reaguje . 🙂 Zwierzyniec mieszkający z nami pospołu uważa , że od tego są człowieki 🙂
    Przecież to „człowieki „polują ” i dzielą się karmą , zapewniają bezpieczeństwo, ciepełko
    i wygodę… 😉 W związku z powyższym sama musisz sobie poradzić z nieproszonymi gośćmi.
    Mogę Ci tylko zasugerować pułapkę klejową na myszy . Kiedy przeżywałam mysi najazd i nic nie zdawało egzaminu pani w sklepie poleciła mi tą rzecz i powiem Ci łapały się jak szalone …
    wyłapałam wszystkie a było ich bagatela 18 sztuk . Tak , tak ! Przeżyłam szok . A to wszystko było za sprawą sąsiada pijaczka . Nie dbał o nic i te myszory gnieździły się u niego . Gościa wyrzucono z mieszkania i zaczęto robić w tym lokalu kapitalny remont , zrywając wszystko ściany , podłogi i co ? I nagle u mnie pojawiły się myszy . Swoimi kanałami , których zapewne nie brakuje w starej kamienicy wpadały do mnie . Takiej inwazji jak żyję nie przeżyłam … Pozdrawiam serdecznie i opanowania sytuacji życzę 🙂

    1. O matko, Maju, 18 myszy? ! To całe szczęście, że sobie poradziłaś, bo aż mi ciarki przechodzą, co by było, gdyby się choć parka ostała…
      Nie wiem nic o tej pułapce na klej, ale czy tę mysz trzeba potem jakoś odrywać?

      1. niestety trzeba inaczej zejdzie z tego świata przyklejona do kartonika …

        mnie też przechodziły ciarki … za każdym razem myślałam ,że to już ostatnia mysz , więc zostawiałam profilaktycznie to ustrojstwo by sprawdzić , że tak jest faktycznie … a tu następne . To było straszne … do dziś na samo wspomnienie mam ciarki . 🙂
        Odklejaniem tego towarzystwa zajmował się syn … czasem dobrze jest mieć dzieci 😉

  8. W minimalnym stopniu znam twoje problemy. Nie ze zwierzętami, bo takich nie posiadam, ale z domem. Mamy taki, który jest użytkowany w okresie niezimowym. Niestety, jest to stara wiejska chałupa, więc o zalepianiu dziur zapomnij. A mysz w domu potrafi narobić mnóstwo szkód, więc trujemy, tylko potem trzeba odnaleźć te padnięte, bo smród jest okropny
    Na zimę musimy też zakręcić wodę i wypompować z przewodów, ale i tak na wiosnę, gdy pierwszy raz odkręcam, to mam potop, bo często któryś z zaworów nie przetrwał mroźnej pogody. Tej wiosny przeszedłem szybki i bolesny kurs hydrauliki, bo niestety w okolicy nie ma nikogo pokroju twojego pana Stasia. Jesteś niesamowitą szczęściarą, że możesz się zwrócić z prośbą o pomoc do takiej złotej rączki.

    1. Oj Hegemonie, w takim razie w jakimś stopniu mnie rozumiesz. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest ,że wszystko, co nam się zepsuło, jest stosunkowo nowe. Bo nasz dom tez jest stary, ale kiedy go kupiliśmy, zamontowalismy właśnie takie rzeczy jak piec do C.O, czy bojler. To, co jest stare, nie psuje się.:)
      Co do myszy, u nas żadna trutka nie wchodzi w grę, mamy przecież koty i psy.Więc musimy poradzić sobie inaczej.
      Serdeczności:)

  9. O matko, to cały arsenał, a nie grupowe zdarzenia! Mam tylko nadzieję, że wyczerpałaś limit i nowy rok zaczniesz spokojnie 😉
    Ale opisałaś wszystko świetnie, czytałam z przyjemnością 😉

  10. Tyle nieszczęść w tak krótkim czasie, to nie pech, a wręcz katastrofa. Podziwiam spokój z jakim przyjęliście te wszystkie przykre zdarzenia. Trzymam kciuki, za Pana Staszka, by poradził sobie z bojlerem, pralką i ślimakiem. Serdecznie pozdrawiam.

    1. No tak Iwono, to katastrofa, też tak to widzę. Ale ja się nauczyłam, że stres i nerwy nic nie pomogą. Za to mój mąż jest naprawdę wykończony psychicznie. Wiadomo, mężczyźni…
      Dziękuję, trzymaj koniecznie, jutrzejszy dzień będzie rozstrzygający
      Pozdrowienia serdeczne:)

  11. Jacież….. jak nie urok to…;) Czasem jak się wali to już wszystko na raz… i jak tu napisać, że to…życie?;)
    Mam nadzieję że zwierzątka mają się już lepiej, myszy dobrowolnie odeszły (bo im było za zimno), a potem piec zaczął grzać… bo naprawdę już zimno!
    pozdrawiam serdecznie z nad filiżanki kawy:)

  12. To podchodzi pod bunt maszyn! Zawsze bardziej przemawiała do mnie wersja „co Cię nie zabije to Cię wk*&$%#@” samo życie 😉
    Moja psina również ma dziwne zapędy i ona dla odmiany ma mostofobię. Mam ją od szczeniaka, więc mowy nie ma, żeby miała jakieś traumatyczne wspomnienia, tym bardziej, że na początku normalnie przez mosty przechodziła, zdanie zmieniła z dnia na dzień. Muszę to chyba kiedyś opisać. Współczuję odejścia Kota, ale 14 lat to i tak piękny wiek.

    1. No to jest rzeczywiście prawdziwy bunt maszyn, linko. Dzisiaj uruchomiliśmy w końcu piec C.O, ale teraz z kolei nie działa porządnie pompa do wody i kapie z kaloryfera . Więc działamy dalej. A co do mostofobii, to coś zupełnie wyjątkowego. Koniecznie opisz to, chętnie poczytam.
      Pozdrowienia cieplutkie:)

  13. Odejście czworonożnych przyjaciół bardzo boli – zawsze.
    Współczuję tych nieprzyjemności z urządzeniami. Mam nadzieję, że uda się wszystko rozwiązać jak najmniejszym kosztem.

  14. czasmi mamy ochotę usiąść i płakać w takich sytuacjach i to też rozwiązanie, które ulży naszemu sercu ale nie naprawi sprzetu….super, że jest Pan od naprawiania , to cenny skarb:)
    Koty, no cóż tak pysznie je karmimy to co będą się męczyć i biegać za myszami:)
    Pozdrawiam
    i braku awarii życzę

  15. Ale się tego nazbierało! Moje koty też mają to do siebie, że jak idzie o mysz w domu to nie można na nie liczyć ;D. No niestety, radź sobie sam człowieku, ja ci tej myszy nie wpuściłem. Współczuję z powodu starty kotki.

  16. Agnieszko, współczuję tego smutnego pasma wydarzeń. Tak to się czasami niestety dzieje. Sami nie dawno przechodziliśmy przez jakiś dziwaczny zlep mniejszych i większych nieszczęść. Mam nadzieję, że limit już się wyczerpał i teraz będzie tylko lepiej. Czego i Tobie życzę,
    miłego weekendu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *