Lifestyle, bo to ja

Pamiętasz zabawy twojego dzieciństwa ?

Pamiętasz zabawy twojego dzieciństwa ?

Ja tak. I właśnie dzisiaj wybrałam się w bardzo sentymentalną  podróż w miniony czas.

Czas, kiedy w moim życiu królowała beztroska, kiedy kromka chleba ze smalcem smakowała jak nigdy potem.

Kiedy po lesie biegało się, nie mając zielonego pojęcia o tym, że zewsząd czyhają złowrogie kleszcze, a  bąbel po ukąszeniu komara smarowało się własną śliną.

Kiedy w małym sklepiku obok szkoły, u pani Lodzi, kupowało się oranżadę, a z pobliskiej  piekarni wydobywał się zapach prawdziwego, ręcznie wyrabianego chleba. Po taki chleb posyłali mnie rodzice i nigdy nie doniosłam go w całości do domu. Delikatnie odgryzałam czubek chleba i wwiercałam się palcem w gorący i cudownie pachnący miąższ.

Boże, gdzie dzisiaj takie piekarnie!!!

Kiedy nie było komórek, smartfonów, internetu i facebooka.

Za to były zabawy na powietrzu, za to byliśmy szczupli i wieczorami szybko zasypialiśmy.

Rzecz jasna, dzisiaj też, mimo wciąż coraz bardziej natrętnego otaczania się dzieci przeróżnymi elektronicznymi gadżetami , wciąż są w modzie określone zabawy.

Po prostu klasyka. A może się mylę?…

Jak to jest?

Co przetrwało?

Gra w gonionego, u mnie mówiło się „w gonito”, w szukanego, albo w chowanego, jak kto lubi ?

No, ale przecież  niektóre zostały całkiem zapomniane. Na przykład te, które do dzisiaj noszę w sercu i czule wspominam.

A ty? Pamiętasz zabawy twojego dzieciństwa?

pamietasz zabawy swojego dziecinstwa?

Ja kochałam grać w gumę.

Słyszeliście o czymś takim ?

To była zabawa, która wymagała niezwykłej sprawności, żeby nie rzec – akrobacji.

Kochaliśmy  to jako dzieci  namiętnie. Zarówno chłopcy jak i dziewczynki.

Właściwie każdy z nas nosił   wówczas w kieszeni kawał długiej  pasmanteryjnej gumki. Bardzo ważne, żeby nie była  za szeroka. Najlepsza była taka o szerokości jednego centymetra. I koniecznie długa,  ze trzy metry. W każdej chwili  wyjmowało się  ją z kieszeni i trzask prask, zaczynała się zabawa.

Dwoje dzieci  stawało naprzeciwko siebie, w odległości może półtora metra i trzymało na wysokości kostek nóg tę  gumę, tak, że tworzyła zamknięty krąg. Oczywiście napiętą, ale nie bardzo mocno.Trzecie dziecko ustawiało się  w środku i przeskakiwało przez tę podwójną gumę, wykonując przy tym niesamowite akrobacje.

Skakało się przodem, bokiem a nawet tyłem i kiedy się nad tym dzisiaj zastanawiam, myślę że niejeden filmik na You Tube mozna by o tym nakręcić i byłby 100 razy lepszy niż dzisiejsze treningi i fitnesy, serio.

Zabawa stawała się coraz trudniejsza, bo w miarę jak udało się wykonać te wszystkie  przeskoki , guma wędrowała wyżej. Najpierw kolanka, potem bioderka (tak się mówiło), potem pas, paszki  i szyja. Jednak nie pamiętam, żeby do szyi  któreś z nas doszło, choć do pasa to już tak.

Ci,  którzy dochodzili, a raczej doskakali tak wysoko, cieszyli się wielkim szacunkiem wśród rówieśników.

Z drugiej strony, byliśmy wówczas wszyscy szczupli i to był też znak czasów.

Wyobrażasz sobie dzisiejsze dziecko, napakowane czipsami , wpatrzone w tablet i mające ochotę na taką zabawę? Przecież ono zasapałoby się po pierwszym skoku ! Dzisiaj są gry wirtualne, nie potrzeba się wysilać.

W mojej klasie była tylko jedna dziewczynka, która nosiła trochę więcej sadełka na brzuchu od innych, ale naprawdę, dzisiaj uchodziłaby za taką średnio szczupłą. A myśmy o niej mówili” gruba”.

Więc wracając  do zabawy, skakaliśmy  bez wysiłku. Brało się rozbieg i już.

Pamiętasz zabawy twojego dziecinstwa ?

Ach, oprócz zabawy w gumę, była skakanka, czyli linka.

Ta dopiero wymagała sprawności ! Oj, trzeba było być szybkim jak zając !

Jak przy zabawie w gumę, potrzebne były dwie osoby, które stały w sporej odległości od siebie i kręciły taką długą skakanką. Musiała być naprawdę długaśna, ze trzy metry na pewno.

No więc one kręciły, a w tym czasie do środka wskakiwały kolejne dzieci według rytmu zadanego  przez pierwsze wskakujące. Ta pierwsza osoba była najważniejsza. Mówiła na przykład : zadaję jeden na jeden i wskakiwała.

Kolejne dziecko i wszystkie następne musiały po jednym obrocie linki i skoku poprzedzającej je koleżanki (lub kolegi, choć chłopcy nie grali w to zbyt często) wskoczyć, wyskoczyć, obiec tę, która trzymała linkę i znowu wskoczyć.

Jeśli komuś się nie udało, przechodził na pozycję trzymającego linkę, a więc beznadziejną.

Ale przynajmniej mógł trochę odpocząć.

Cośmy się nabiegali, to nasze. Nie było opcji bycia grubym dzieciakiem.

Jeszcze pól biedy, kiedy na czele peletonu stała dziewczynka, która miała litość i zadawała tylko dwa na dwa , albo dwa na trzy, w porywach jeden na cztery (chociaż rzadko), to wtedy miało się czas i można było  do tego wskoczenia w linkę solidnie się przygotować. Ale jeden na jeden, nie dziękuję, biegaliśmy z wywieszonymi językami.

I znowu jak zawsze i we wszystkim w życiu, były dzieci bardziej i mniej sprawne.Niektóre miały talent niesamowity wręcz i śmigały jak frygi. Inne nie tak szybko, ale jakoś nie było wymigiwania się i siedzenia po kątach.

Pamietasz zabawy twojego dziecinstwa?

Graliśmy też w korale.

Ciekawa jestem kto to zna.

Może w innych regionach to się inaczej nazywało, ja wychowałam się w Wielkopolsce i tam mówiliśmy na to właśnie korale.

W odróżnieniu do dwóch poprzednich zabaw, ta była spokojna. Wymagała za to koncentracji i zręczności palców.

Gra polegała na tym, że kopało się mały dołek i całą filozofią było trafienie do tego dołka  właśnie koralikiem.

Grały zawsze dwie osoby. Chłopcy lubili tę zabawę równie mocno jak dziewczynki. Ale sama gra ograniczała się do dwóch osób, które po kolei turlały jednym ruchem ręki swój koralik do dołka.W gruncie rzeczy nie było to nic innego niż miniaturka gry w bilard.

Jednak trafienie do dołka wcale nie  było najważniejsze.

W tej grze chodziło głównie o to, kto ma piękniejsze korale.

Funkcjonowała prawdziwa giełda, wymienialiśmy się naszymi zdobyczami, chwaliliśmy się, każdy nosił obowiązkowo w tornistrze albo kieszeni swoje zdobycze. Plastikowe rurki były najmarniejsze, najmniej warte. O wiele wyżej notowane były szklane kule, kryształy (rzecz jasna sztuczne) i cała masa korali przeróżnego kształtu i koloru.

Jeśli ktoś mnie pyta, skąd mieliśmy jako dzieci takie rzeczy, odpowiem bardzo prosto.

Kradliśmy mamie, siostrze, cioci, kuzynce.

Ile korali straciła moja mama, trudno zliczyć. No i te poobrywane kieszenie, w których nosiłam swoje zdobycze… Niekiedy udało mi się mamę  uprosić, żeby dała mi po prostu swoje koraliki, ale najczęściej było niestety inaczej.

Te trzy zabawy były najbardziej charakterystyczne.

Oczywiście, były  jeszcze  podchody (na cmentarzu)  policjanci i złodzieje, księżniczki  uwięzione w zamkowej wieży, ale to banał.

Guma, linka i korale. Najlepsze zabawy mojego dzieciństwa.

Pozdrawiam

Agnieszka

Jeśli spodobał ci się ten tekst, zapraszam  też tutaj:

http://greenelka.com/szczescie/

 

 

 

 

 

 

 

14 thoughts on “Pamiętasz zabawy twojego dzieciństwa ?

  1. Jan z Czarnolasu pamięta jak uwielbiał się bawić w dzieciństwie ze swoim psem – owczarkiem. Był on jego najlepszym przyjacielem, spędzał z nim mnóstwo czasu i tak w ogóle…
    Nie było wtedy jeszcze smartfonów, tabletów czy internetu – Jan z Czarnolasu miał wtedy za to coś lepszego, coś o wiele bardziej wartościowego – miał pomysłowość! A poza tym miał też całe dnie spędzone na świeżym powietrzu na łonie natury.

    Jan z Czarnolasu pozdrawia

    1. Zabawy z psem-przyjacielem musiały być wspaniałe.A czy można sobie dzisiaj wyobrazić, że nie było komórek i rodzice nie wiedzieli, gdzie jesteśmy? A to było super !
      pozdrawiam,
      Agnieszka

  2. Ale się rozmarzyłam i już nie wiem co mi się bardziej podoba Agnieszko, wpis czy ta muzyka 🙂 Ale po kolei. Guma , skakanka – o tym wszystkim staram się dzieciom opowiadać w czasie spotkań literackich, okazuje się, że to jest dla nich jakiś kosmos. nawet kiedyś wiersz napisałam o skakaniu w gumę 🙂 Twoja gra w korale u nas nazywała się „kapsle” , znalezione na ulicy 🙂 A ruch … oj tak to była podstawa i ten chleb… Ale widzisz, ja z racji tego, że moje serce nie toleruje polepszaczy jestem testerką dobrego pieczywa i w końcu znaleźliśmy piekarnię – i to nie daleko nas. Mąż o piątej rano jeździ po świeży chleb i drożdżówki 🙂 Na szczęście ręce ma na kierownicy, to chleb dociera w całości , ale doskonale znam i pamiętam smak ciepłego wygryzanego … Pozdrawiam Agnieszko

    1. Gabrysiu, dziękuję za Twoje uznanie, a swoją drogą Garret gra przecudownie, prawda? Aż zamykają się oczy i chce się marzyć.
      A co do gier, no tak nie dziwię się,że to dla dzieci kosmos. Nie ma już tego i nie wróci. A może?… opowiadaj dzieciom, kto wie…
      Gabrysiu, kapsle były jakieś szczególne? Bo ja za korale niejeden areszt domowy zarobiłam, mama wściekła była, że szkoda mówić. Więc kapsle nie miały takiej siły rażenia, myślę…
      A chleb? Uśmiałam się, „ręce na kierownicy”, hi, hi, hi.
      Ja też jestem testerką, ale swojego pieczywa, po prostu piekę sama chleb, na zakwasie, taki prawdziwy, bez ulepszaczy. Bo z tymi już od dawna mi nie po drodze.A swoją drogą pamiętam jaki zły był mój tata, kiedy wracałam do domu z połową bochenka. Nie wiem dlaczego pamiętam właśnie tatę?
      Pozdrawiam Gabrysiu

  3. Piękne wspomnienia dziecięcych czasów;) Tak, zabawy na powietrzu były powszechne i bardzo zdrowe – kontakt z naturą, świeże powietrze i dużo ruchu! Nikt nie dostawał gotowych zabawek ze sklepu, więc pomysłowość była bardzo kreatywna. W gumę grało się kilka lat później, ja bardziej pamiętam skakankę(krótszą dla jednej osoby), klasy, chowanego, ganianego, w wojnę, dwa ognie…
    A Davida Garretta uwielbiam;)
    Pozdrawiam serdecznie;)

    1. Tak wszystkie te zabawy były cudowne, prawda? U moich znajomych spędzają wakacje wnuki i widzę, że te dzieci nie potrafią się wcale same bawić. Siedzą przy dorosłych i nudzą się niemiłosiernie. Nie znają żadnych gier zespołowych, nie bawią się w pajaca, w klasy, nie gonią się nie szukają, nie robią nic kreatywnego. Nic dziwnego, że tak wiele dzieci dzisiaj ma nadwagę.
      Cieszę się bardzo, że moje wspomnienia się spodobały i cieszę się, że tu jesteś.
      A Garrett jest po prostu niezrównany.
      Pozdrawiam serdecznie – Agnieszka

  4. Czas dzieciństwa kojarzy mi się przede wszystkim z pracą . Rodzice angażowali nas od najmłodszych lat do różnych prac . Trzeba było pomagać i każdy miał swoje obowiązki . Rodzice wyznawali zasadę , że że zabawa może poczekać. Próżniacze życie było czymś nagannym. Z zabaw pamiętam , że namiętnie skakałyśmy na skakankach, grałyśmy z koleżankami w klasy , w chłopa …rysowało się na ziemi odpowiedni układ prostokątów potrzebny był kafelek , którym trzeba było dorzucić do odpowiedniego poziomu i skakało się na jednej na , na dwóch nogach w/g ustalonych zasad . Graliśmy w dwa ognie , bawiliśmy się w chowanego , w podchody …. chłopcy w „wojnę ” a dziewczynki w „dom „. Chłopcy budowali sobie szałasy i mieli swoje tajne bazy, strugali z drewna karabiny i urządzali strzelanki . A my robiłyśmy sobie z patyków lalki , czasem z kolb kukurydzy jak była pod ręką , uprzątałyśmy sobie w ustronnym miejscu jakiś kwadrat ziemi i tam urządzałyśmy z tego co znalazłyśmy dom . Skorupy , stare dekielki itp rzeczy dzięki wyobraźni zamieniały się w piękne domowe sprzęty a patyczane lalki w dzieci a my w ich wspaniałe matki 🙂 Zimą robiliśmy gdzie się tylko dało ślizgawki , jak ktoś miał przypinane do butów łyżwy to lodowiskiem był pobliski staw i graliśmy w hokeja krążek trzeba było sobie zrobić a kije wystrugać . Zamiast sanek , bo nie każdy miał zjeżdżało się na kartonie a głównie na butach , które co tu dużo gadać paliły się nam na stopach. No i stałym rytuałem było wskakiwanie w zaspy , których wtedy nie brakowało . Tak wracaliśmy ze szkoły. Zaspami , rowami a potem w domu mama krzyczała , ale kto się tam tym przejmował 🙂

  5. Ach Maju, to wspaniałe dzieciństwo, mimo tych wszystkich obowiązków. U mnie, ponieważ jestem jedynaczką, nie było tego tak dużo, do tego mieszkaliśmy w mieście, więc oczywiście pomoc w sprzątaniu, froterowanie podłogi, oj, tego nie cierpiałam, zamiatanie, jakieś drobne zakupy, no i utrzymywanie swojego pokoju w porządku. Naturalnie do pewnego czasu, bo kiedy byłam nastolatką, wiadomo, buntowałam się. Ale myślę, że na wsi generalnie dzieci miały więcej pracy i mają do dzisiaj. Widzę to tutaj, gdzie teraz mieszkam. Dzieci pomagają w żniwach, w składaniu drewna, koszeniu trawy. I powiem Ci, że potrafią dużo więcej niż ich rówieśnicy w mieście . Ale może się mylę.
    A co do zabaw, to najcudowniejsze w nich było to, że tak mało nam było potrzeba i tak wiele fantazji było w nas. No i ten ciągły ruch, prawdziwe perpetuum mobile.
    A w chłopa też graliśmy, tyle, że u nas nazywał się pajac.
    Pozdrawiam słonecznie 🙂

  6. Ja skakałam na skakance, to był szał w ogóle, chłopaki też skakali. W szkole oczywiście. W gumę graliśmy, specjalnie się zabierało do szkoły i na korytarzu się grało. Berek, ganiany, w chowanego! Kurczę, świetna sprawa. Na huśtawkach się bujaliśmy. Moje rodzeństwo w palanta chodziło grać ;D. Były też podchody na wiosce, ale ja nigdy na żadnych nie byłam. Dopiero na studiach same z grupą miałyśmy takowe zorganizować dla seniorów.

  7. No to tak jak ja ! o widzisz, zapomniałam o huśtawkach. My huśtaliśmy się tak, że prawie przekręcaliśmy się na drugą stronę. Kiedyś zresztą udało się to jednej z nas i skończyło się przyjazdem karetki pogotowia. Dorota wybiła sobie 3 zęby i hi, hi, w gazecie o nas pisano.
    Podchody dla seniorów ? To ciekawe… I bawili się ?
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *