Henia

Henia. Z pamiętnika szczęśliwego psa.O tym, jak to się wszystko zaczęło.

Henia.  Z pamiętnika szczęśliwego psa. Jak to się wszystko zaczęło.

Wcześniej myślałam, że świat zaczął się równo z moimi urodzinami, bo jak mogło cokolwiek istnieć i się dziać,  jeśli mnie nie było?

Tak myślałam do momentu, kiedy podsłuchałam rozmowę mojej pani z panem. Mówili, że dziesięć lat temu oboje byli młodsi, ładniejsi, a świat też był o wiele lepszy niż jest dzisiaj.

Nie bardzo mogę to sobie  wyobrazić, bo jak już wspomniałam, uważałam, że nic nie mogło dziać się beze mnie, no, ale skoro państwo tak mówią, to coś w tym musi być, bo jak wiecie, ja moją panią i pana strasznie kocham i wiem na sto procent, że zawsze mają rację.

No, więc jak się to wszystko zaczęło ?…

Chyba tego dnia,  kiedy w mojej mamie zakochał się bardzo przystojny pies o super imieniu Bimbo. Mój pan co prawda mówi, że wcale nie jest przystojny,  a wręcz przeciwnie,  jest bardzo brzydki, ale ja tak nigdy nie uważałam.

W każdym razie mojej pani się podobał, ale i tak nie chciała, żeby przychodził do mojej mamy. Była temu tak bardzo przeciwna, że ciągle go przeganiała sprzed naszego domu, no a pan dosłownie wychodził z siebie, kiedy widział Bimbo przed naszymi drzwiami.

-Znowu ten przebrzydły kundel tutaj, powinnaś chyba bardziej uważać na Sally, nie sądzisz? – mówił do pani.

No cóż, nie sądzę, żeby Bimbo był przebrzydły. No i dlaczego kundel? Kiedy ludzie chcą powiedzieć coś brzydkiego o psie, to często używają tego słowa. A przecież kundle są miłe i naprawdę ładne. O wiele ładniejsze od rasowych psów. Ja co prawda jeszcze nigdy w życiu nie widziałam rasowego psa, ale w książkach, które ma moja pani, są takie zdjęcia , i tam można zobaczyć, że te super psy wcale nie są ładne. Wcale a wcale.

To znaczy, może nie tak. One są ładne, ale my kundle, wcale nie jesteśmy od nich brzydsze. na pewno moja mama jest od nich tysiąc , a może nawet milion razy ładniejsza.

W każdym razie ten Bimbo nie bał się  mojego pana i dalej przychodził pod nasz dom. Ja tego oczywiście nie widziałam,  bo jak wam już wspomniałam, nie było mnie jeszcze na świecie, ale o wszystkim opowiedziała mi moja pani.

W końcu moja mama spotkała się z Bimbo i chyba bardzo go polubiła.

No, a potem to już się JA urodziłam.

henia. z pamietnika szczesliwego psa.

 

To się nie stało w tym domu, w którym teraz mieszkamy, ale zupełnie gdzie indziej, w dużym mieście , no bo teraz ( zapomniałam wam powiedzieć ) żyjemy sobie na wsi. Od długich dwóch lat, a więc prawie  całe moje życie. Ale o tym opowiem wam później.

Wracając do dnia, w którym przyszłam na świat, był on bardzo stresujący dla mojej pani.

Strasznie się denerwowała, bo chciała, żeby wszystko się dobrze skończyło.

W końcu się udało i bezpiecznie przyszliśmy na świat. Urodziło się nas ośmioro, a więc całkiem sporo, prawda ?

Miałam pięciu braci i dwie siostry.

Wszyscy byli bardzo ładni. Jeden z chłopczyków od początku nas przewyższał, bo był niesamowicie duży i silny. Mój pan nazwał go Heinrich, co mi się wcale nie podobało. Okropne imię, nie sądzicie?

 A ja byłam najmniejsza, dlatego mój pan mówił do pani, że nie dam rady.

Nie wiem, co on sobie myślał, ale ja wcale nie miałam takiego zamiaru, bo niby dlaczego nie miałabym sobie dać rady, może dlatego, że byłam malutka?  Co za bzdura !

A tak w ogóle, jeśli wam powiem, jak bardzo byłam mała, to nie uwierzycie.

Otóż nie byłam większa od mojego uszka, ha!

Naturalnie mam na myśli moje dzisiejsze uszko !

Bo te uszka, które miałam, kiedy się urodziłam, były maleńkie jak główka od szpilki, jeśli wiecie o co chodzi.

Od początku wiedziałam, że jeśli mam rosnąć, muszę jeść, i to dużo. A to było bardzo trudne i wymagało ode mnie wiele  sprytu i gimnastyki. I oznaczało rozpychanie się łokciami, żeby sie dostać do jadalni.

Ups, naturalnie miałam na myśli łapki a nie łokcie.

No, to było mega trudne, mówię wam.

Wszyscy bracia i siostry w ogóle nie opuszczali swoich miejsc przy mamie, cały czas albo siedzieli przy niej, albo leżeli i mowy nie było mowy, żeby któreś z nich ustąpiło mi miejsca.

Po prostu umarłabym z głodu przy tych egoistach, gdyby z pomocą nie przyszła mi moja ukochana pani, która odsuwała na bok mojego brata albo siostrę i miejsce w jadalni zajmowałam ja.

Oczywiście nie podobało im się to wcale i wszyscy byli okropnie  źli.

A czasami , kiedy moja mama nie patrzyła, gryźli mnie po gł0wie albo po brzuszku. Oczywiście nie były to jakieś bolesne ataki, bo przecież wszyscy byliśmy mali i nie mieliśmy zębów, ale i tak było to nieładne.

Na szczęście nie jestem pamiętliwa, więc szybko im to wybaczałam. Kłótnie i tak nie miały sensu, bo przecież cały czas musieliśmy przebywać razem.

A poza tym nie licząc kłótni przy jedzeniu, nasze życie było naprawdę super.

Najfajniej było, kiedy mieliśmy wszyscy pełne brzuszki i mogliśmy się do siebie przytulić i zasnąć. Jeśli byliśmy cichutko, to każde z nas mogło usłyszeć bicie serca naszej mamusi i to było najlepsze ze wszystkiego, mówię wam. Mogłam tak leżeć godzinami.

Nie zawsze spałam, ale miałam zamknięte oczy, a kiedy moja pani podchodziła do naszego legowiska i widziała,że nikt z nas się nie rusza, tylko brzuszki unoszą się w równym rytmie, uśmiechała się do siebie, głaskała naszą mamusię po głowie i mówiła że wreszcie może sama się położyć i choć trochę pospać.

Biedna była wtedy nasza kochana pani, cały swój czas poświęcała nam.

A ponieważ byliśmy coraz bardziej rozbrykani, dla siebie nie miała tego czasu wcale, bo trzeba było nas pilnować, żeby nic się nam nie przydarzyło.

A o wypadek było w tamtym czasie naprawdę nie trudno.

Na przykład mój największy brat wszedł jakimś cudem na kanapę, ale nie umiał z niej zejść. Próbował i próbował, ale nic z tego nie wychodziło. W końcu stoczył się na podłogę, a ponieważ piszczał przy tym strasznie głośno, myśleliśmy, że połamał sobie wszystkie łapki.

Nasza mama musiała go godzinami pocieszać, bo bardzo długo nie mógł się uspokoić. Nawet nasza pani płakała razem z nim, aż przyszedł pan i zapytał co się stało.

-Oczywiście jak zwykle przesadzasz – powiedział do naszej pani, zupełnie jakby to ona spadła z tej kanapy.

Nie wiem co nasza pani miała przesadzać, w ogóle nie rozumiałam tego słowa, czy chodziło o kwiatki do przesadzania ? I dlaczego miała to robić jak zwykle ?

No, ale mniejsza o to, dorośli ludzie lubią czasami używać takich niezrozumiałych słów.

Zresztą oni są bardzo dziwni, ci ludzie. Nie zawsze ich rozumiem.

(Fragment mojej powieści „Henia. Z pamiętnika szczęśliwego psa”, do której zakupu serdecznie cię zachęcam.)

Pozdrawiam – Agnieszka

 

4 thoughts on “Henia. Z pamiętnika szczęśliwego psa.O tym, jak to się wszystko zaczęło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *